Grosz do grosza, czyli prosty sposób na spłatę długów i oszczędzanie

Grosz do groszaTak jak ponoć "do piekła prowadzi droga szeroka i prosta", tak zadłużenie przychodzi szybko, łatwo i przyjemnie, ot, kredycik tu, drugi tam, jakaś pożyczka, fajny sprzęt na raty… Dopiero kiedy po uszy tkwimy w długach i złowroga pętla coraz mocniej zaciska się na szyi, zaczynamy się łapać za głowę i szukać sposobów wyjścia z tego bagna.

Najprostszy z nich - i jednocześnie najbardziej realny w większości przypadków - to metoda małych kroków, która regularnie stosowana i zmieniona w nawyk działa z powodzeniem w dwie strony, czyli służy zarówno do zasypywania dołka (spłata zadłużenia), jak i do usypywania górki (zbierania oszczędności).

Stare przysłowie mówi: "Grosz do grosza, a będzie kokosza", inne: "Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka". Ta uniwersalna prawda znakomicie sprawdza się w finansach. Nawet kilkadziesiąt złotych miesięcznie (to do tych, którzy twierdzą, że "się nie da" i "nie ma z czego") pozwala na odłożenie w perspektywie roku czy dwóch całkiem przyjemnej sumki, a argument, że to przecież tak niewiele względem potrzeb, ustępuje przed prostą prawdą: zawsze lepiej mieć odłożone chociaż kilka stówek niż zupełnie nic.

Kiedy już zapadnie postanowienie o oszczędzaniu, szukamy strategii, która pozwoliłaby nam robić to możliwie jak najszybciej i jak najskuteczniej. Jednak aby oszczędzać szybko, nie ma innego wyjścia, jak odkładać duże kwoty miesięczne, co w wielu przypadkach jest niemożliwe, dlatego pozostaje znalezienie strategii przede wszystkim skutecznej. Co to znaczy, że strategia jest skuteczna? Przede wszystkim to, że dzięki niej nie zrezygnujemy z oszczędzania po miesiącu, tylko pociągniemy je dłużej, najlepiej aż do osiągnięcia założonego celu, którym może być wszystko, co sobie wymarzymy – kupno nowego mieszkania, generalny remont, nowy komputer, smartfon, samochód, podróż dookoła świata czy po prostu grosz „na czarną godzinę”. Jak do tego dojść w miarę bezboleśnie?

Aby oszczędzanie było skuteczne, nie może kojarzyć się z morderczymi wyrzeczeniami, lecz powinno być skrojone na miarę, dostosowane idealnie do oszczędzającego. Nie masz za bardzo z czego oszczędzać? Zacznij od kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu złotych miesięcznie - wrzucaj je do słoika, czyść portfel z drobniaków po każdych zakupach czy na koncie bankowym przelewaj na osobne konto małe kwoty, zwłaszcza końcówki transakcji (niektóre banki oferują nawet specjalne programy oszczędnościowe umożliwiające zautomatyzowanie tej operacji). Na czym polega ten ostatni sposób? W regularnych odstępach czasu (np. co 2-3 dni) logujemy się na konto i sprawdzamy jego stan.

Załóżmy, że danego dnia mamy na nim 1236 zł i 17 gr. Odcinamy zatem 1,17 zł i przelewamy je sobie na konto oszczędnościowe, zostawiając na koncie bieżącym równe 1235 zł. Jeśli chcemy oszczędzić więcej, możemy przelać 6,17 zł, a w wersji "full" 36,17 zł. Za dwa dni logujemy się znowu i widzimy, że po dokonaniu kilku transakcji mamy na koncie przykładowo 1028 zł 35 gr. Odcinamy zatem 3,35 zł (ewentualnie 8,35 zł lub 28,35 zł) i przelewamy na konto. Te końcówki są tak drobnymi kwotami, że nie odczujemy w jakiś szczególny sposób ich zniknięcia, a oszczędności powolutku będą się zbierać. Tak działa zasada "ziarnka do ziarnka", z małych kwot rosną te nieco większe i te całkiem duże, a satysfakcja z oszczędzania rośnie wprost proporcjonalnie do zebranej sumy.

Ale co zrobić w przypadku, gdy nie możemy oszczędzać, bo mamy długi? Tu sytuacja jest jasna chyba dla każdego - najpierw je spłacamy, a dopiero potem zabieramy się za oszczędzanie (które ograniczamy na początek jedynie do zebrania funduszu awaryjnego rzędu 1000 zł, dzięki czemu nie zaskoczą nas nagłe nieprzewidziane wydatki i będzie nas kusiło, żeby wziąć kolejny kredyt). Często dopiero w sytuacji nadmiernego zadłużenia człowiek łapie się za głowę i dochodzi do wniosku, że "musi z tym coś zrobić", tymczasem spłacać tych wszystkich rat już za bardzo nie ma z czego. I tu dobra wiadomość - metoda "ziarnka do ziarnka" działa też w tę drugą stronę. Jeśli nie mamy w danym miesiącu na całą ratę, spłaćmy chociaż część zadłużenia, tyle, ile możemy, ale spłaćmy cokolwiek. Wierzyciele naprawdę to doceniają i dzięki temu można wynegocjować całkiem korzystne warunki dalszej spłaty, oszczędzając nerwów sobie i innym. Ustalmy też plan, żeby nie spłacać tych zobowiązań chaotycznie i bez pomysłu (z pomocą przychodzi tu metoda kuli śnieżnej, o której można poczytać na wielu blogach finansowych), a potem trzymajmy się go konsekwentnie, stosując tę samą metodę co przy oszczędzaniu - ziarnko do ziarnka, grosz do grosza, jeden mały krok za drugim, byle do celu. Warto uświadomić sobie, że - choć może brzmi to niezbyt przekonująco - nawet jedna złotówka dziennie wygospodarowana na spłatę zobowiązań ma znaczenie i realnie przybliża nas do celu, jakim jest uwolnienie się od długów. Dodatkową korzyścią jest wypracowanie zdrowego nawyku, który po spłacie wszystkich zobowiązań będzie naszym sprzymierzeńcem na drodze do skutecznego zbierania oszczędności.

Mądrość przekazywana z pokolenia na pokolenie, zapisana w przysłowiach (a przysłów dotyczących finansów i gospodarowania majątkiem jest całe mnóstwo) i de facto dobrze znana praktycznie każdemu, nie powinna być traktowana jako element folkloru, ale jako ważna wskazówka dla organizacji naszego codziennego życia. Może pieniądze same w sobie szczęścia nie dają, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że lepiej je jednak mieć, niż nie mieć. Nasi przodkowie, autorzy mądrych przysłów o pieniądzach, doskonale o tym wiedzieli.

Źródła: